Obsługiwane przez usługę Blogger.

Malty nie da się nie lubić :)

By 09:39

Spędziłam z M. wspaniały tydzień na Malcie. I tak się złożyło, że mogłam tam świętować swoje urodziny. Przełom kwietnia i maja jest idealny, by odwiedzić tę maleńką wyspę. Jest ciepło, ale nie upalnie. Jest pewność, że nie będzie padał deszcz. Jest zielono i wszędzie pełno kwiatów, a Maltańczycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli się za wszelką cenę nacieszyć wiosną przed nadejściem skwarnego lata, które wysuszy wszystkie rośliny. 

Dzień 1. 
Na Maltę przylecieliśmy późnym wieczorem. M. od razu udał się do informacji turystycznej, skąd zabraliśmy różne ulotki, mapki i trasy autobusowe (po całej wyspie można bez większych problemów podróżować tylko tym środkiem lokomocji – nie ma tramwajów ani, oczywiście, pociągów). Dzięki temu mimo późnej pory udało nam się dość sprawnie dotrzeć do naszego miasteczka St. Julian’s i nie musieliśmy korzystać z drogich taksówek. Więcej problemów zajęło nam znalezienie naszego hotelu, bo na mapce nie było nazwy ulicy podanej przez hotel. Okazało się, że znajduje się on przy głównej ulicy i jednocześnie położony jest nad samą zatoką Balluta Bay. I chociaż sami nie jesteśmy amatorami całonocnych imprez w klubach itp., to nie żałujemy, że wybraliśmy hotel w typowo turystycznym miasteczku, bo mieliśmy stamtąd dobry dojazd do stolicy i innych miejscowości na Malcie. 

Dzień 2. 
Jeszcze przed południem pojechaliśmy zobaczyć najładniejsze klify na wyspie - Dingli Cliffs. Nie zrobiły na nas oszałamiającego wrażenia, ale – jak się później dowiedziałam – dlatego, że po dotarciu na miejsce poszliśmy trochę w złą stronę i sporo fajnych widoków na tym straciliśmy. 
Następnie pojechaliśmy zwiedzić Rabat i Mdinę. Rabat dawniej był przedmieściem otoczonej warownymi murami Mdiny, obecnie jest oddzielnym miastem z całą masą wąskich, urokliwych uliczek, w których z przyjemnością się pogubiliśmy. W Rabacie znajdują się dwa zespoły katakumb: św. Pawła i św. Agaty. My zwiedziliśmy te drugie, ze względu na podziemne malowidła znajdujące się wewnątrz. 
Mdina jest dawną stolicą Malty i właściwie cała wygląda jak jeden wielki zabytek. Tu urządziliśmy sobie kolejny długi spacer wąskimi uliczkami. Z murów obronnych Mdiny roztacza się widok na niemal całą wyspę. 
Pod wieczór wróciliśmy do Rabatu, a stamtąd do naszej miejscowości.

 Photobucket 

Dzień 3. 
Z samego rana pojechaliśmy zobaczyć Blue Grotto, czyli skalne groty znajdujące się na południowym wybrzeżu Malty. Z autobusu wysiedliśmy w masteczku Żurrieq i resztę trasy pokonaliśmy pieszo, wcale jednak nie żałując, bo widoki po drodze były przepiękne. Po Blue Grotto płynęliśmy łódką, a sternik pokazywał nam piękne wnętrza jaskiń i bajecznie turkusową wodę dookoła.

 Photobucket 

Następnie pojechaliśmy do portu rybackiego Marsaxlokk i w jednej z wielu restauracji znajdujących się nad malowniczą zatoką zjedliśmy obiad w postaci lokalnych ryb i krewetek. Mimo ostrzeżeń kieszonkowego przewodnika, iż „niektóre restauracje obniżają ceny kosztem jakości usług” zaryzykowaliśmy i wybraliśmy najtańszą ofertę w najtańszej restauracji. Najedliśmy się po uszy (za 6 euro maltańska sałatka na przystawkę, krewetki lub ryba, frytki, surówka, lampka wina i koszyk z pieczywem) i było smacznie. Coś z tą jakością usług jednak było na rzeczy, bo starsza pani kelnerka i pomagające jej dzieciaki co chwilę myliły zamówienia przy różnych stolikach ;)

 Photobucket 

Dzień 4. 
Poprzedniego dnia wieczorem wykupiliśmy objazdową, całodzienną wycieczkę po drugiej co do wielkości maltańskiej wyspie, Gozo. O 8:00 wyjechaliśmy z naszej miejscowości do Ćirkewwy, skąd odpływał prom na Gozo. Stamtąd wsiedliśmy do piętrowego, turystycznego autobusu, który jechał po całej wyspie, a my na dowolnych przystankach mogliśmy wysiadać i wsiadać do kolejnych autobusów kursujących co 45 minut. Tym sposobem obejrzeliśmy świątynię Ggantija – jedną z najstarszych budowli na świecie, Ramla Bay – najładniejszą plażę na Gozo, stolicę wyspy – Victorię, Azure Window, czyli piękne, lazurowe „okno” w nadmorskich skałach oraz popływaliśmy w zatoce przy malutkiej miejscowości Xlendi. 

Photobucket 

W Victorii zatrzymaliśmy się na dłużej. Obeszliśmy miasto wzdłuż i wszerz (ach, znowu te piękne uliczki!) i weszliśmy na cytadelę, skąd roztaczał się widok na całą wyspę. Tu zrobiłam ostatnie zdjęcia zanim padł mój aparat, na szczęście mieliśmy też starego, poczciwego analoga, więc część zdjęć wciąż czeka na wywołanie ;)

 Photobucket 

Dzień 5. 
Przed południem popłynęliśmy „gratisowym” rejsem po 10 maltańskich zatokach, na który bilet otrzymaliśmy 2 dni temu wykupując wczorajszą wycieczkę na Gozo. Przy czym, co ciekawe, „gratisowego” rejsu nie było w tańszych o 5 euro ofertach innych organizatorów ;) Niemniej rejs był długi i bardzo fajny, a przewodnik wyczerpująco opowiadał o każdym z miejsc, do których dopływaliśmy, więc byliśmy bardzo zadowoleni :) 
Ponieważ wczoraj trochę spiekliśmy się od słońca, planowane plażowanie przełożyliśmy na ostatni dzień, a zamiast tego zwiedziliśmy trzy miasteczka nad zatoką Grand Harbour – Sengleę, Cospicuę i Vittoriosę. Miasteczka te są ze sobą połączone i właściwie nie da się poznać, kiedy kończy się jedno, a zaczyna drugie. Przeczytałam opinię, że te miejsca to kwintesencja maltańskości – i zupełnie się z tym zgadzam. Wszędzie było cicho, spokojnie i bardzo ładnie.

 Photobucket 

Dzień 6. 
Tego dnia zwiedziliśmy stolicę Malty, Valettę. Tu mieści się dworzec autobusowy, z którego autobusy rozjeżdżają się po całej Malcie. W samym środku dworca znajduje się duża, piękna fontanna z czterema trytonami. Na początek udaliśmy się do Fortu św. Elma, aby obejrzeć pokaz gwardii rycerzy św. Jana i inscenizacje obrony Malty przed atakiem Imperium Osmańskiego. Chcieliśmy wejść także do Muzeum Wojny, jednak z powodu remontu było akurat zamknięte. 
Sama Valetta wg nas nie jest tak ładna i urokliwa jak inne maltańskie miasteczka, ale i tu znajduje się kilka pięknych zakątków, jak na przykład ogrody. Oddzielone bramami, z pięknymi fontannami, kwiatami, rzeźbami i tarasami widokowymi wydają się być niczym oazy spokoju. To właśnie z tych tarasów oglądaliśmy wieczorem Fire Work Festiwal, czyli międzynarodowy festiwal fajerwerków. Sam festiwal trwał cały tydzień, a finał aż 3 dni. My obejrzeliśmy występy zespołów z Kanady, Wielkiej Brytanii i Austrii, które dały wspaniałe pokazy wybuchów w rytm muzyki. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że tak pięknych i fantazyjnych fajerwerków na żywo nie oglądałam nigdy. Gdyby nie to, że przemarzliśmy na kość (noce o tej porze roku wciąż są chłodne), to pewnie następnego dnia też obejrzelibyśmy pokazy innych grup. 

Photobucket 

Dzień 7. 
W zasadzie zwiedziliśmy wszystko, co mieliśmy w planach, więc ostatni dzień postanowiliśmy przeznaczyć na leniuchowanie. Promem z Ćirkewwy popłynęliśmy tym razem na wyspę Comino, gdzie znajduje się Blue Lagoon – najpiękniejsze miejsce do pływania na Malcie. I chociaż sporo ludzi tłoczyło się na maleńkiej plaży, to jednak niewiele osób miało odwagę kąpać się we wciąż zimnej wodzie. Nam temperatura nie była zbyt straszna i muszę przyznać, że w tak pięknych okolicznościach przyrody jeszcze nie pływałam. Krystalicznie czysta woda i miękki, prawie biały piasek pod stopami do złudzenia przypominają karaibskie plaże :) Sama wyspa jest praktycznie nie zamieszkana (znajduje się tu tylko 1 hotel, twierdza, mały kościółek i posterunek policji), bardzo kamienista i porośnięta kępami kwitnącego tymianku i kminku. Ta dzikość kontrastująca z Błękitną Laguną jest naprawdę piękna.

 Photobucket 

Dzień 8. 
To ostatni dzień naszego pobytu. Nie mieliśmy już zbyt wiele czasu, pozostało nam tylko się spakować i dojechać na lotnisko. Ostatnie spojrzenie. Malta widziana z okna samolotu wygląda równie pięknie. 

A jedzenie? Chociaż nasz budżet nie pozwalał nam na kulinarne szaleństwa, a zakupy śniadaniowe robiliśmy w pobliskim supermarkecie, to jednak poznaliśmy trochę lokalnej kuchni. Dwa razy byliśmy w restauracji, w tym we wspomnianym miasteczku rybackim Marsaxlokk, gdzie jedliśmy lokalne ‘dary morza’ :) 
Prócz tego żywiliśmy się w pastizzeriach, czyli lokalnych stoiskach z ciepłymi przekąskami. Wybór był ogromny, a ceny niskie, więc codziennie próbowaliśmy nowych rzeczy. Sama nie wiem, co smakowało mi bardziej: czy timpana (makaron z sosem bolońskim zapiekany pod ciastem filo), czy rozmaite ciastka z nadzieniem z ricotty, mięsa lub fasoli, czy też małe kwadraciki z nadzieniem daktylowym. Wszystko to jest sto razy lepsze niż jakiekolwiek kebaby czy hamburgery. 
Ze słodkości próbowaliśmy też tradycyjnych i bardzo popularnych precli z nadzieniem figowym oraz pysznego różowego ciasta obtaczanego w kokosie. 
A do picia? Prócz wody – Kinnie, czyli maltańska cola o smaku pomarańczowo-ziołowym. Pyszna! 
A co do wina, robiliśmy dwukrotne podejście. I najlepszym opisem powinna być odpowiedź ekspedientki, którą zapytaliśmy, jakie maltańskie wino jest najlepsze: - „włoskie” :)

Photobucket 

Podsumowując, chyba najczęściej pojawiającym się słowem w moim opisie był przymiotnik „piękne”. Bo taka właśnie jest Malta. Ta malutka wyspa ma do zaoferowania tak wiele, że nie sposób się tu nudzić. Malty nie da się nie polubić :)

Może zainteresuje Cię również

11 komentarze

  1. Zazdroszczę! Tez bardzo miło wspominam Maltę, mimo że byłem tam już 10 lat temu.
    Wysepki są małe, ale tydzień to zdecydowanie za mało - byłem 6 dni dokładnie. mógłbym tam znacznie więcej czasu spędzić.
    Najmilej wspominam tamtejsze, pokolonialne autobusiki, bez drzwi i okien; wiatr robił z klimę (słyszałem, że niedawno wymieniono je na coś nowocześniejszego).
    I ten spokojny tryb życia - kierowca autobusu z kilkudziesięcioma pasażerami na pokładzie podjechał pod swój dom i poszedł na obiad. Albo jak czekałem w knajpce na piwo przez pół godziny z wywieszonym jęzorem - faktycznie jeszcze nigdy tak bardzo mi nie smakowało :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, praktycznie wszystkie autobusy wymieniono na nowe, wyposażone w turboklimatyzację. Serio, wybierając się gdziekolwiek, musieliśmy brać kurtki specjalnie na czas podróży autobusem ;)

      Usuń
  2. No proszę, a mnie Malta nie zachwyciła, ale powodem może był szczyt sezonu - sierpień i dzikie tłumy, których organicznie nie znoszę. Jedzenie wspominam dobrze, odkryłam tam dla siebie kapary. pewnie nigdy tam już nie wrócę, ale warto było zobaczyć Maltę i Gozo ten jeden raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z mojego doświadczenia polecam marzec, temperatura powietrza już całkiem całkiem, a turystów prawie 3 razy mniej niż w sierpniu. I oczywiście o wiele bardziej zielono niż w lato.

      Usuń
    2. A ja polecam początek maja. Można wtedy już spokojnie kąpać się w morzu, a ceny w hotelach są nadal niższe. Dlatego Malta idealnie nadaje się na długi weekend majowy. Tylko oczywiście warto zarezerwować noclegi oraz przelot z odpowiednim wyprzedzeniem.

      Usuń
  3. Przepiękne miejsce, tylko pozazdrościć takiego wypadu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na Malcie nie byłam ale sądząc po Twoich wrażeniach i zdjęciach jest piękna:) Ja zakochana jestem w greckich wyspach jak np. Rodos.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniałe zdjęcia, piękne miejsca! Cudowną miałaś wycieczkę:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Malta jest zachwycająca! Widzę, że intensywnie spędziliście tam czas. Pastizzi z groszkiem dla mnie przepyszne, mój mąż z kolei zajadał się serowymi. Najbardziej nam się spodobały Dingli Cliffs, Blue Grotto oraz Azure Window. Lubimy taką nieokiełznaną przyrodę. I cóż, tak jesteśmy podekscytowani, że dla Malty założyliśmy bloga, na którym relacjonujemy nasze wrażenia. Mamy mnóstwo zdjęć i spostrzeżeń, zapraszamy. www.maltaigozo.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Moje najlepsze wakacje były właśnie na Malcie. Miejsce przecudne ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej,
    przeczytałam z ciekawością, jak organizuje się wycieczkę po Malcie mając na to parę dni:)
    Ja wyjechałam na Maltę bez biletu powrotnego, co natchnęło mnie na napisanie bloga.
    Zapraszam :)
    http://coswamopowiem.blogspot.com.mt/

    OdpowiedzUsuń