Akcja ”Literatura na talerzu” organizowana przez Muscat powoli dobiega końca. Przez długi czas próbowałam przypomnieć sobie jakieś kulinarne motywy z książek, które czytałam, ale nic a nic nie przychodziło mi do głowy. Choć staram się czytać sporo książek (z naciskiem na „staram” ;)), jak na złość są to książki, w których bohaterowie chyba w ogóle nic nie jedzą i odżywiają się energią słoneczną. W końcu sięgnęłam po książki z dzieciństwa, w tym jedną z moich ulubionych: „Dzieci z Bullerbyn”. Czytałam ją wiele razy, kilka razy od deski do deski, a później tylko wybrane, ulubione rozdziały. W książce tej sporo jest wzmianek o szwedzkiej kuchni, pisanych mimochodem – co dzieci jadły podczas swoich zabaw i przygód, jakie ich spotykały:
„W końcu Lasse powiedział do mnie i do Anny, żebyśmy popłynęły łodzią na stały ląd i zrabowały trochę jedzenia. Mamy zrabować to bogaczom – powiedział. Wsiadłyśmy więc z Anną do łodzi i powiosłowałyśmy w stronę lądu. Nie mogłyśmy jednak w żaden sposób wymyślić, kogo mamy ograbić. Poszłam więc do domu do mamy i spytałam, czy mogę zrabować trochę jedzenia ze spiżarni i zabrać je ze sobą na wyspę, ponieważ Lasse, Bosse i ja nie zamierzamy wrócić do domu na obiad. Mamusia pozwoliła. (...) Potem pobiegłam do Anny. Ona też miała pełen koszyk jedzenia. Miała siekane kotlety i wędzonkę, i cały bochenek chleba, i zupę jagodową w butelce, i sześć kawałków budyniu ryżowego. Gdy wróciłyśmy do kryjówki zbójeckiej, rozłożyłyśmy na trawie całe jedzenie. (...) Butelki z mlekiem i zupą owocową podawaliśmy sobie tak, że każdy mógł napić się kilka łyków, gdy mu się zachciało pić. W końcu zjedliśmy wszystko oprócz dwóch kanapek z serem, które schowaliśmy w zbójeckiej kryjówce.”
Pamiętam, że po takich opisach przeważnie robiłam się strasznie głodna ;)
Zupa jagodowa znana jest również w wielu polskich domach. W przepisach na nią najczęściej jako dodatek podaje się makaron, a samą zupę zagęszcza mąką pszenną. W szwedzkiej jest trochę inaczej, ale sama zupa pewnie smakuje podobnie. Ja jadłam ją pierwszy raz i przyznaję, że jest bardzo smaczna, oczywiście jeśli lubi się zupy owocowe.
SZWEDZKA ZUPA JAGODOWA (Blåbärssoppa)
(dla 3-4 osób)
2 szklanki jagód (mogą być mrożone),
1 niecały litr wody,
¼ szklanki cukru,
plasterek cytryny,
pół łyżeczki mielonego cynamonu,
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej,
jogurt lub gęsta śmietana
Jagody przebrać i umyć (mrożonych nie trzeba rozmrażać), zalać wodą, dodać cukier, plasterek cytryny i cynamon. Gotować na malutkim ogniu ok. 30 minut, aż owoce zaczną się rozpadać (ja gotowałam krócej i trochę rozdziabałam jagody widelcem). Mąkę ziemniaczaną rozprowadzić w niewielkiej ilości zimnej wody i wlać do zupy. Gotować chwilę, cały czas mieszając, aż zgęstnieje. Ewentualnie dosłodzić do smaku.
Podawać na ciepło lub na zimno – ja jadłam ją na zimno jako chłodnik, razem z dodatkiem jogurtu i biszkoptów ;)
Sezon na szparagi trwa już od dobrych 3 tygodni, nadeszła w końcu pora bym i ja się na nie skusiła. W zeszłym roku zmagałam się z nimi po raz pierwszy, robiąc kulebiak i risotto. Szparagi posmakowały mi do tego stopnia, że z tęsknotą czekałam na kolejny sezon. A w takich sezonowych warzywach i owocach najfajniejsze jest to, że gdy się na nie tyle czeka, to potem smakują o wiele bardziej, niż gdyby były dostępne przez cały rok :)
Moja pierwsza tegoroczna szparagowa propozycja wyszła obłędnie pyszna. Po prostu klękam na kolana przed tym przepisem. Znalazłam go w gazetce „To jest pyszne” (2/2010) i tylko trochę zmodyfikowałam. Oryginalnie polecali pójść na łatwiznę i kupić gotowe gnocchi, ale jako że dochodzę do coraz większej wprawy w robieniu wszelakich klusek i kopytek, postanowiłam przygotować sama te włoskie kluseczki. W połączeniu ze szparagami, szałwią, parmezanem i odrobiną sezamu dla mnie osobiście skutkowało kulinarnym odkryciem roku - przynajmniej jak do tej pory ;)
gnocchi ze szparagami
GNOCCHI ZE SZPARAGAMI, SZAŁWIĄ I SEZAMEM (dla 4 osób)
duża garść świeżych listków szałwii (można zastąpić 1 łyżeczką suszonej),
2 łyżki sezamu,
1 cebula,
2 łyżki oliwy,
2 łyżki masła,
kawałek parmezanu (ok. 50g),
sól i pieprz
Szparagi obrać, odciąć zdrewniałe końce i podzielić ukośnie na kilka części. Sezam uprażyć na patelni bez tłuszczu. Wyjąć. Na patelni stopić masło z oliwą i smażyć szparagi na małym ogniu ok. 5 min (najlepiej najpierw podsmażyć łodygi, a dopiero po 2-3 minutach dorzucić delikatne główki szparagów). Dodać drobno posiekaną cebulę, wymieszać, a po chwili wrzucić szałwię i parmezan. Dodać ugotowane gnocchi i smażyć jeszcze ok. 4 minuty. Doprawić solą i pieprzem. Posypać sezamem.
Fajna, smaczna i orzeźwiająca tarta inspirowana przepisem Irmy, lecz z moimi zmianami. Nieskomplikowana w przygotowaniu i szybko znika ;) Nadzienie z serka ricotta sprawia, że tarta powinna przypaść do gustu szczególnie miłośnikom serników :)
tarta z pomarańczami
TARTA POMARAŃCZOWA Z PISTACJAMI ciasto:
200 g mąki,
100 g masła,
50 g cukru pudru,
1 żółtko,
1-2 łyżki zimnej wody
nadzienie:
3 pomarańcze,
200 g ricotty,
80 g cukru,
2 jajka,
1 łyżka mąki,
2 łyżki likieru pomarańczowego (ja nie miałam, zamiast tego dałam ajerkoniak ;)),
50 g obranych, niesolonych pistacji
1 pomarańczę wyszorować, sparzyć wrzątkiem i zetrzeć skórkę. Masło posiekać na stolnicy razem z cukrem pudrem i mąką. Dodać połowę startej skórki, 1 żółtko, wodę i szybko zagnieść kruche ciasto. Owinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na ok. godzinę. Gdy ciasto będzie już schłodzone, rozwałkować je cienko i wyłożyć nim formę do tarty o średnicy 26 cm (lub tortownicę), zwracając szczególną uwagę na brzegi. Podpiec w piekarniku w temp. 200 stopni przez 15 minut. Ze startej pomarańczy wycisnąć sok i pozostawić do masy. Pozostałe 2 pomarańcze obrać tak aby nie było na niej białej skórki i pokroić w półplastry. Ricottę zmiksować z cukrem, dodać resztę startej skórki pomarańczowej, jajka, mąkę i miksować przez kilka minut, aż powstanie gładki krem. Do likieru dodać tyle soku z pomarańczy, aby było razem 80 ml i stopniowo wlewać do masy serowej. Krem zrobi się rzadki. Podpieczony spód tarty polać kremem, na wierzchu ułożyć pokrojone pomarańcze. Wstawić do piekarnika na ok. 30 minut i piec w temp 180 st. C, aż krem zgęstnieje, a pomarańcze lekko zbrązowieją. Brzegi upieczonej tarty posypać posiekanymi pistacjami.
*** A jutro Parov Stelar na Juwenaliach ♥ Boże, żeby tylko nie padał deszcz!
Ten deser nasuwa mi skojarzenia z Bożym Narodzeniem. Żurawina wygląda w nim jak małe rubiny. Mimo to nie mogłam się powstrzymać, by nie zrobić go właśnie teraz, na sam koniec akcji "Lubię herbatę!" Be@tki. Zresztą, dziś dla odmiany pogoda się popsuła, zrobiło się pochmurnie i deszczowo, więc gruszki w Earl Grey’u nie są znowu takie nie na miejscu ;)
Przepis znalazłam w miesięczniku "Kuchnia" (2/2009). Jest naprawdę smaczny i łatwo się go robi :)
deser gruszkowy - gruszki w herbacie earl grey
GRUSZKI W EARL GREY'U
(dla 2 osób)
2 saszetki herbaty earl grey,
1 szklanka wody,
2 czubate łyżki cukru,
2 duże gruszki,
8 suszonych moreli,
¼ szklanki suszonych żurawin,
4 goździki
Zalać herbatę wrzątkiem, przykryć i odstawić na 10 minut. Gruszki obrać, przekroić na pół i oczyścić z pestek. Z herbaty wyjąć saszetki, do naparu wsypać cukier i mieszając, podgrzewać na małym ogniu, aż się rozpuści. Włożyć gruszki, morele i goździki. Przykryć i gotować na maleńkim ogniu 5-10 minut, aż gruszki będą miękkie, ale nadal trzymające kształt. Dodać żurawinę i gotować jeszcze minutę. Wyjąć gruszki, morele i żurawinę, a syrop gotować, aż pozostanie ok. ¾ szklanki. Polać syropem owoce.
Pierwsze wiosenne wysokie temperatury zawsze są szokiem termicznym dla mojego organizmu. Choć ostatnio na termometrze było raptem 21 stopni, czułam się, jakby było 35. A podróż w zatłoczonym autobusie – sauną dla ubogich ;) Z czasem będzie lepiej, organizm się dostosuje i wszystko będzie cacy. Póki co, ratowałam się mrożoną herbatą, a dokładnie hawajskim napojem znalezionym na blogu Adrijah. Muszę przyznać, że z tym ananasem to naprawdę fajny pomysł. Jedna uwaga: imbiru powinno się dawać niewiele, tyle aby nadać herbatce odrobiny pikanterii, a nie uzyskać efektu rozgrzewającego ;)
hawajski napój herbaciany
HAWAJSKI NAPÓJ HERBACIANY
szklanka mocnej, słodkiej herbaty (do słodzenia najlepiej użyć cukru trzcinowego),
pół puszki ananasa,
ćwiartka cytryny,
mały kawałek świeżego imbiru (można też użyć kandyzowanego imbiru),
1 litr wody mineralnej niegazowanej
+ dodatkowo kostki lodu
Plastry ananasa pokroić w kostkę, skropić sokiem z cytryny. Zalać zimną herbatą i połową soku z puszki. Odstawić na 3 godziny do lodówki. Przed podaniem dodać obrany i posiekany imbir i wodę. Dokładnie wymieszać. Dodatkowo można podać kostki lodu.
Na skutek awarii blogspota zniknął mój ostatni post, a z poprzedniego zniknęły komentarze :/ Na szczęście zawsze przezornie piszę najpierw notki w Wordzie, więc odtworzenie czwartkowego przepisu nie było dla mnie problemem... :)
***
W ramach zabawy „Lubię herbatę!” postanowiłam przygotować coś kompletnie zaskakującego. Bo, przyznam szczerze, nigdy nie wpadłabym na to, żeby herbatę wykorzystać jako dodatek do mięsa. Ale przepis z blogu Grażyny wydał mi się bardzo interesujący. Herbatę zaparzyłam jednak osobno, ponieważ nie chciałam, by w sosie pływały fusy. Nie miałam także całych lasek cynamonu, użyłam więc niewielkiej ilości mielonego – nie chciałam, by ten smak dominował. Sam smak kurczaka jest zaskakujący i faktycznie niecodzienny, delikatnie przeszedł aromatem herbaty, choć dominowały inne przyprawy, które dodałam do marynaty.
Polecam wszystkim, którzy chcieliby spróbować czegoś nowego :)
Udka kurczaka w herbacie
UDKA KURCZAKA W HERBACIE Z NUTĄ CYNAMONU
4 tylne ćwiartki z kurczaka (udka + podudzia) lub 8 udek
1 marchewka,
1 cebula,
1 nieduży kawałek pora,
3 łyżki czarnej liściastej herbaty,
3 szklanki wrzątku,
1,5 łyżeczki soli,
1 łyżeczka przyprawy garam masala,
1 łyżeczka mielonej kolendry,
1/2 łyżeczki mielonego kuminu,
1/2 łyżeczki cynamonu, 1/2 łyżeczki pieprzu
Herbatę zaparzyć w 3 szklankach wrzątku, ostudzić, odcedzić i przelać do miski. Dodać sól, garam masala, kolendrę, kumin, cynamon i pieprz, wymieszać. Dodać udka - powinny być całe zanurzone. Odstawić do zamarynowania na kilka godzin, a najlepiej włożyć do lodówki na całą noc. Po tym czasie przełożyć mięso do żaroodpornego naczynia, obłożyć pokrojoną cebulą, marchewką i porem. Zalać ok. 2 szklankami marynaty. Naczynie przykryć pokrywą (lub, w przypadku jej braku - folią aluminiową) i włożyć do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Piec ok. 20 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec 1,5 godziny. Po tym czasie zdjąć pokrywę i piec udka jeszcze ok. 20 minut, żeby zrumieniły się na wierzchu.
Czego to człowiek nie zrobi, żeby się nie uczyć? ;) Może na przykład parzyć herbatę na różne sposoby. I potem degustować. Najlepiej powoli i niespiesznie.
Ostatnio wypróbowałam dwa przepisy na bardzo fajne herbaty. Pierwszy, od wiosenki27, to herbata z dodatkiem soku wiśniowego i Malibu. Muszę przyznać, że połączenie tych smaków jest wyśmienite, a herbata smakuje zarówno na ciepło, jak i na zimno. Bardzo pozytywnie nastraja do życia ;) Drugi, od Plumy urzekł mnie swoją nazwą: „Migdałowe odprężenie”. Migdałowo-waniliowo-cytrynowy smak jest naprawdę kuszący...
herbata wiśniowa z Malibu
HERBATA WIŚNIOWA Z KOKOSOWĄ WKŁADKĄ (dla 1 osoby)
1 saszetka herbaty earl grey,
sok wiśniowy,
1 kieliszek Malibu,
cukier (opcjonalnie)
Herbatę zaparzyć, wlać sok wiśniowy (ilość wg uznania), ewentualnie dosłodzić. Na koniec dolać Malibu :)
herbata migdałowa
HERBATA „MIGDAŁOWE ODPRĘŻENIE” (dla 1 osoby)
1 łyżeczka czarnej herbaty liściastej,
1 łyżeczka cukru,
odrobina (1/3 łyżeczki) skórki starej z cytryny,
1 łyżeczka soku z cytryny,
1/3 łyżeczki cukru wanilinowego,
1/2 łyżeczki cukru migdałowego
Zaparzyć filiżankę herbaty wraz ze skórką z cytryny przez 4 minuty. Odcedzić, a następnie dodać cukier, cukier wanilinowy i migdałowy oraz sok z cytryny. Wymieszać. Najlepiej smakuje na gorąco :)