Jesień w pełni, pora zatem, by w mojej kuchni rozgościło się naprawdę jesienne warzywo, czyli dynia :) Na początek w dość delikatnej, śniadaniowej postaci, czyli jako dodatek do 'pankejków'. Dzięki dyni placuszki nabierają ślicznego, pomarańczowego koloru oraz delikatnie dyniowego smaku. Polane miodem lub syropem klonowym i posypane świeżymi, chrupiącymi orzechami włoskimi smakują naprawdę wspaniale.
We wspólnym gotowaniu z dynią w roli głównej wzięli udział także Panna Malwinna, Lejdi, Gin, Siankoo, Bartoldzik i Martynosia
:)
DYNIOWE PANCAKES
- 1 szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej,
- 6 łyżek puree z dyni,
- 150g jogurtu naturalnego,
- 2 jajka,
- 1 łyżka ksylitolu lub cukru,
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- szczypta mielonego kardamonu
- dodatkowo:
- orzechy włoskie,
- syrop klonowy lub miód,
- odrobina oleju do smażenia
Jajko zmiksować z jogurtem i ksylitolem/cukrem aż do spienienia. Dodać puree z dyni, mąkę i proszek do pieczenia. Wymieszać trzepaczką do momentu połączenia się składników.
Na rozgrzaną patelnię wylać odrobinę oleju i rozprowadzić ręcznikiem papierowym. Łyżką nakładać porcje ciasta. Gdy na powierzchni placków pojawią się bąble, obrócić je na drugą stronę. Smażyć placuszki na niezbyt dużym ogniu, tak aby upiekły się w środku, a nie spaliły z zewnątrz. Do kolejnych partii nie trzeba już dodawać oleju.
Placuszki podawać polane syropem klonowym lub miodem i posypane orzechami.
Może zainteresuje Cię również
To nie koniec niespodzianek z okazji 5 rocznicy mirabelkowego bloga :)
Ponieważ w ostatnim czasie sporo osób pytało mnie o fanpejdża, postanowiłam, że chyba pora go jednak założyć ;)
I oto jest!
Serdecznie zapraszam do polubienia :)
Może zainteresuje Cię również
Dokładnie pięć lat temu założyłam tego bloga. 5 października 2009 roku napisałam pierwszą notkę powitalną :)
Nigdy do tej pory nie świętowałam „urodzin” bloga, ba, przeważnie zapominałam o tej dacie. Teraz pomyślałam sobie, że jednak pięć lat to całkiem sporo czasu i fajny powód do małego świętowania :)
Zakładając bloga, byłam mocno początkującą osobą w kuchni. Wiele rzeczy robiłam pierwszy raz.
Przez te pięć lat sporo się nauczyłam. Moja pasja do gotowania jeszcze bardziej się zwiększyła, a w tak zwanym międzyczasie pojawiła się druga – fotografia. Od nieudolnych fotek „cykanych” na szybko telefonem komórkowym, po znacznie bardziej przemyślane stylizacje i kadry zdjęć robionych lepszym sprzętem (choć ciągle do ideału mi sporo brakuje...).
Cały czas uczę się i nabywam nowych umiejętności – zarówno w kwestii gotowania, jak i fotografii. I uwielbiam to :)
A ponieważ rzadko zdarza mi się piec torty – dziś trafiła się niezłą okazja, by go zrobić.
Tort składa się z czekoladowego ciasta i bezowych blatów przełożonych lemon curd, czyli kremem cytrynowym. Całość została obłożona bitą śmietaną. Tort jest obłędnie pyszny – czekolada, słodka beza i kwaskowata masa doskonale razem współgrają.
Samo przygotowanie jest niestety dość pracochłonne, ale pracę można sobie rozłożyć w czasie. Bezy i lemon curd można śmiało przygotować 1-2 dni wcześniej. Składanie tortu najlepiej zrobić na krótko przed podaniem, aby bezy pozostały chrupiące.
TORT CZEKOLADOWY Z BEZĄ I LEMON CURD
ciasto:
3 jajka,
180 g mąki,
120 g cukru pudru,
120 ml oleju,
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia,
100 g gorzkiej czekolady,
100 ml mleka,
1 łyżka kakao
beza:
2 białka z dużych jaj,
100 g cukru pudru
krem:
1,5 porcji lemon curd (przepis)*
dodatkowo:
200 ml śmietanki kremówki (lub 500ml, jeśli chcemy obłożyć cały tort),
1 czubata łyżka cukru pudru,
płatki migdałowe do dekoracji
Blaty bezowe: Białka ubić na pianę. Stopniowo dodawać cukier, cały czas ubijając, aż piana będzie gęsta i lśniąca.
Płaską blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Narysować na nim dwa okręgi o średnicy takiej samej jak tortownice (u mnie 18cm). Na narysowane okręgi nałożyć pianę równą warstwą. Piec w 100 stopniach przez 1,5 godziny. W drzwiczki pieca można włożyć np. trzonek drewnianej łyżki, tak by wilgoć mogła się wydostawać przez szczelinę.
Upieczone bezy zostawić do wystudzenia. Jeśli mają być przechowywane dłużej, po wystygnięciu owinąć je w folię aluminiową, żeby nie łapały wilgoci z powietrza.
Ciasto: Czekoladę połamać na kawałki i wraz z mlekiem rozpuścić w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Jajka utrzeć z cukrem pudrem na jasną, puszystą masę. Wlać olej, zmiksować, dodać roztopioną czekoladę i ponownie zmiksować. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i kakao. Wsypać do masy i krótko zmiksować – tylko do połączenia składników.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać ciasto i wyrównać powierzchnię. Piec w 180 stopniach przez ok. 40 minut, aż wbity patyczek będzie suchy. Wyjąć i odstawić do wystudzenia.
Jeśli na górze ciasto zrobiło się wypukłe albo popękane, ściąć je na równo, po czym przekroić na trzy równe blaty.
Schłodzoną kremówkę ubić na sztywno, pod koniec dodając cukier puder (1 łyżkę na 200ml śmietanki lub 2,5 łyżki na 500ml).
Jeden blat ciasta położyć na paterze. Posmarować ¼ kremu cytrynowego, nałożyć blat bezowy, kolejną porcję kremu, ciasto, krem, bezę, krem i na koniec ostatni blat ciasta. Wierzch udekorować bitą śmietaną i posypać płatkami migdałowymi.
* składniki na lemon curd należy pomnożyć przez 1,5, czyli odpowiednio 3 jajka, półtorej cytryny itd.)
(inspiracja: „Złota Księga Czekolady” z moimi zmianami)
Może zainteresuje Cię również
Do tych naleśników przymierzałam się od dłuższego czasu. Nigdy do tej pory nie robiłam naleśników na mące innej niż pszenna (o, nie, przepraszam – raz zrobiłam z mąki kasztanowej i zupełnie nam nie smakowały).
Ponieważ mąka ryżowa nie zawiera glutenu, mogą ją jeść osoby nie tolerujące tego białka. Z drugiej strony – smażenie na takiej mące naleśników nie należy do najłatwiejszych, gdyż są bardzo delikatne i łatwo się rozrywają. Ponadto mają lekką tendencję do przywierania, trzeba więc użyć naprawdę dobrej patelni.
Jeśli niestraszne nam te zmagania, trud zostanie wynagrodzony naprawdę PRZEPYSZNYMI naleśnikami o delikatnej strukturze i słodko-kokosowym smaku. Całość uzupełniają świeże owoce, a dodatkowo można je podać z kleksem bitej śmietany.
Polecamy :)
TAJSKIE KOKOSOWE NALEŚNIKI RYŻOWE
(4 porcje)
3 jajka,
1 szklanka mąki ryżowej,
1,5 szklanki mleka kokosowego,
2 łyżki cukru pudru,
4 łyżki wiórek kokosowych,
1 dojrzałe mango,
2 banany,
masło klarowane lub olej do smażenia
Jajka, mąkę ryżową, mleko kokosowe, cukier puder i 2 łyżki wiórków kokosowych zmiksować i odstawić na pół godziny. Po tym czasie ponownie wymieszać i ewentualnie dolać nieco wody, jeśli ciasto jest zbyt gęste.
Patelnię mocno rozgrzać, delikatnie natłuścić i chochelką wylać porcję ciasta. Rozprowadzić ciasto po patelni i smażyć, po czym łopatką obrócić na drugą stronę i smażyć jeszcze przez krótką chwilę. Przełożyć na talerz. W ten sam sposób usmażyć resztę naleśników (wychodzi ok. 10-12 sztuk).
Pozostałe 2 łyżki wiórków kokosowych uprażyć na suchej patelni na złocisty kolor, uważając, żeby ich nie przypalić.
Mango i banany obrać i pokroić w plasterki.
Naleśniki obłożyć owocami, złożyć w trójkąty i posypać uprażonymi wiórkami kokosowymi. Podawać od razu po zrobieniu.
(przepis z książki „Z kuchennej półeczki. Kuchnia tajska” z małymi modyfikacjami)
Może zainteresuje Cię również
Gruszka i gorgonzola to połączenie niemal klasyczne i bez wątpienia bardzo udane, o czym miałam możliwość przekonać się już cztery (wow, jak ten czas leci!) lata temu, robiąc risotto z tymi składnikami (swoją drogą, jakąż uroczą notkę wtedy napisałam, któż by wtedy przewidział, że ten chłopak, który wtedy tak uparcie tuptał mi po głowie, zostanie moim mężem? ;)).
A wracając do dzisiejszego przepisu – zestawienie gruszek i sera pleśniowego tym razem wylądowało na medalionach indyczych, tworząc lekkie acz smakowite danie stosowne na każdą okazję :)
MEDALIONY Z INDYKA Z GRUSZKAMI I SEREM PLEŚNIOWYM
(2 porcje)
2 foremne plastry piersi indyczej,
1 gruszka,
60g sera gorgonzola lub innego z niebieską pleśnią,
2 łyżki klarowanego masła,
ulubiona przyprawa do drobiu,
szczypta tymianku (świeżego lub suszonego)
Gruszkę obrać, przekroić na połówki, usunąć gniazdo nasienne i pokroić w plasterki. Na małej patelni rozgrzać łyżeczkę masła i poddusić na małym ogniu plastry gruszek, aż zmiękną.
Mięso umyć, osuszyć papierowymi ręcznikami i doprawić według uznania. Na drugiej patelni rozgrzać resztę masła i obsmażyć mięso z jednej strony. Medaliony obrócić, a na usmażonej stronie ułożyć plasterki gruszki i kawałki sera, lekko oprószyć tymiankiem. Dusić pod przykryciem kilka minut, aż ser zacznie się topić.
Podawać z ryżem, pieczonymi ziemniakami lub po prostu z sałatką.
(zainspirowane przepisem z jednego ze starych numerów „Poradnika Domowego” z moimi zmianami)
Może zainteresuje Cię również
Zdrowo. Kolorowo. Dużo białka, sporo witamin i błonnika. A przede wszystkim smacznie :)
Czy to nie jest przepis na obiad idealny?
I chociaż inspirowany jest dietą South Beach, warto, by tego typu potrawy znalazły się w jadłospisie każdej racjonalnie odżywiającej się osoby :)
DORSZ ZAPIEKANY Z POMIDORKAMI + PUREE Z CIECIERZYCY Z OLIWKAMI
(2 porcje)
2 filety z dorsza,
250g pomidorków koktajlowych,
½ małej cebuli,
świeża bazylia,
1 puszka ciecierzycy,
2-3 łyżki czarnych oliwek,
1 łyżka posiekanej czerwonej cebuli,
koperek lub natka pietruszki,
sól i pieprz,
oliwa
Rybę umyć i osuszyć na papierowych ręcznikach. Każdy filet przekroić w poprzek na pół i umieścić w żaroodpornym naczyniu. Oprószyć solą i pieprzem, posypać posiekaną cebulą. Obłożyć połówkami pomidorków koktajlowych i listkami bazylii. Skropić oliwą.
Piec w 180 stopniach przez 20 minut.
Ciecierzycę zmiksować blenderem, najlepiej niezbyt dokładnie – tak, by część pozostała w kawałkach. Dodać posiekaną czerwoną cebulę oraz koperek/natkę, 1 łyżkę oliwy i pokrojone oliwki. Doprawić solą i pieprzem do smaku, dokładnie wymieszać.
Upieczoną rybę podawać z puree cieciorkowym.
Dobrym dodatkiem do tej potrawy są także ugotowane na parze brokuły.
Może zainteresuje Cię również
Strudel z jabłkami – czyli apfelstrudel – to sztandarowy austriacki deser. Ponoć najstarszy przepis na to ciasto pochodzi aż z 1696 roku. Plastry cienkiego jak papier ciasta zwijanego z jabłkami wygląda kunsztownie i elegancko.
Przez długi czas sądziłam, że jest to deser trudny do wykonania. Zupełnie niepotrzebnie. Ciasto zagniata się podobnie jak na pierogi (i podobnie jak ono nie zawiera cukru), a pokroić jabłka każdy potrafi ;) Minimalnych trudności nastręcza zwijanie rolady, ale robiąc to ostrożnie i bez pośpiechu, nic nie ma prawa się nie udać.
Apfelstrudel najlepiej smakuje jeszcze ciepły, podany z lodami waniliowymi, sosem waniliowym albo bitą śmietaną.
STRUDEL Z JABŁKAMI
150g mąki,
1 żółtko,
ok. 1/3 szklanki wody,
3 łyżki oleju,
800g jabłek,
½ szklanki cukru,
½ szklanki rodzynek,
3 łyżki rumu,
½ łyżeczki cynamonu,
3 łyżki bułki tartej,
2-3 łyżki stopionego masła
Rodzynki zalać rumem i odstawić na kilka godzin, albo umieścić w mikrofalówce na 1-2 minuty.
Mąkę przesiać do miski, dodać żółtko i olej. Stopniowo wlewając wodę, zagnieść gładkie, elastyczne ciasto o konsystencji mniej więcej takiej, jak na pierogi. Przykryć ściereczką i odstawić na pół godziny.
W tym czasie jabłka obrać, przekroić na ćwiartki, usunąć gniazda nasienne. Każdą ćwiartkę pokroić na cienkie plasterki. Dodać cukier, namoczone w rumie rodzynki, cynamon i bułkę tartą. Wymieszać.
Czystą ściereczkę kuchenną oprószyć mąką. Na ściereczkę wyłożyć ciasto i rozwałkować bardzo cienko – tak, by przez ciasto zaczął prześwitywać wzór ściereczki. Na cieście rozłożyć równomiernie jabłka, zostawiając ze wszystkich stron po kilka centymetrów marginesu. Pomagając sobie ściereczką, delikatnie zawinąć strudel. Boki skleić, żeby nadzienie nie wypłynęło.
Szeroką, płaską blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Strudel ostrożnie umieścić na blasze „szwem” do dołu. Posmarować stopionym masłem.
Piec w 200 stopniach przez 30-40 minut, aż strudel będzie rumiany.
Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika, odczekać chwilkę i posypać cukrem pudrem. Najlepiej podawać jeszcze ciepły.
Może zainteresuje Cię również